środa, 10 września 2014

Starszaki - uwaga na dzieciaki! {1}

Para: AcexLuffy, ZoSan/SanZo (bo kurde nw co mi wyjdzie, oba najlepiej, bom dylemat mam), KidxLaw
Części: jeszcze nie zdecydowałam
Parę słów: Światy rzeczywiste, równoległe do świata OP. Różnice wiekowe, odrobina humoru i dość rozwinięta fabuła, seksy dopiero później.


  Part: "Gangsta Boys"  
Ace, obudziwszy się w złym nastroju, musiał wstać, by nie spóźnić się do pracy. Jako prawa ręka - szefa mafii - Czerwononosego, musi wykazywać się odpowiedzialnością, jakiej od niego oczekują. Po porannym rytuale, składającym się z czynności rutynowych, był gotowy na dzisiejsze wyzwania. Wyszedł i od razu „wywinął orła”. Uderzył całą powierzchnią twarzy o kamienną posadzkę klatki schodowej. Poderwał się i zobaczył pod swoimi drzwiami, leżącego chłopaka. Bruneta, sporo od niego niższego.

Jakiś dzieciak… - stęknął do siebie w myślach. – Ale co on tutaj robi i czy on w ogóle żyje?

                Podszedł i szturchając nieznajomego w głowę, ten wydał jęk bólu. Do nosa Ace’a wdarł się odór alkoholu.
- O kurwa! Taki gówniarz, a jebie gorzej niż szef po ostrej balandze! – nie było rady. Zdrowy rozsądek nakazywał mu oddać dzieciaka na wytrzeźwiałkę. Niestety, pomimo iż dla społeczeństwa jest on zwyczajnym studentem, pracującym w barze, czułby się głupio iść na komisariat i prosić o pomoc. Zwłaszcza, ze jedyny komisariat w mieście, jest pod dowództwem jego dziadka. W skrócie – pech. Musi zając się chłopaczkiem sam. Po wniesieniu go do mieszkania (co było łatwe, bo dzieciak był lekki) rozebrał go i wrzucił do wanny. Wrzuciwszy brudne ubrania do pralki, zabrał się za doprowadzanie nieznajomego do porządku. Zostawił młodzika w wannie, licząc na to, że nieprzytomny się nie osunie i utopi. Idąc do wejścia, wybrał numer szefa. Słuchając sygnału, przeszukiwał torbę bruneta, w celu odnalezienia dokumentów tożsamości. Portfel, jaki Ace znalazł, był mokry i lepki.
- Nawet portfel „zalany”… Stary, co on robił? – spytał samego siebie Portgas i odchylił dwie „klapki” przedmiotu. Zwyczajny chłopak, ze zwyczajnym wyposażeniem – pomijając fakt pijactwa. Skórzany portfel miał w sobie zdjęcia różnych ludzi z tym dzieciakiem, około 5000 jenów (w przeliczeniu na polskie złote to jakieś 150 zł), paragony i legitymacja licealna.

- Monkey D. Luffy… - zastanowił się głośno dorosły. – Ile on ma… 17 lat? Toż to gówniarz totalny, a kaca będzie miał gorszego niż mogę sobie wyobrazić.
- Ymmymmm… - wydobyło się stęknięcie z łazienki. Gospodarz podszedł do drzwi i zobaczył jak młodzik się przebudza. Mozolnie otwiera oczy i natychmiast je zaciska.

- Co? Światełko razi? – spytał nieprzyjemnym głosem Ace. – Kara za bycie debilem.

- Ciom…? Mmmm… - ciamknął suchymi wargami i podczas próby podniesienia się do pozycji siedzącej, poślizną się i zanurzył w wodzie. Nie wiedzieć czemu, zaczął się szamotać, jakby był uwięziony w szklanej bańce albo ktoś trzymał jego głowę w płynie.

- Hej, hej! Nie wariuj, debilu! – gospodarz, znajdujący się już obok chłopaka, otrzymał serię ciosów. Dopiero gdy Luffy osłabł, Ace mógł go wyciągnąć. – Kurwa, podtopił się!

                Po upragnionym porozumieniu, wreszcie przeszli do spokojnej rozmowy. Siedząc w salonie, obaj popijali herbatę. Zbyt długo panowała niezręczna cisza.

- Więc? – rozpoczął rozmowę po czym zaciągnął się aromatem napoju.

- Co? – warknął  przez zaciśnięte wargi Luffy.

- Skąd przyszedłeś, jeśli pamiętasz.

- Przyjechałem tu do przyjaciela. Miałem spotkać się tutaj z jakimś Acem, który podobno ma mnie do niego zaprowadzić. – siedział pokornie, ściskając udami ręce. Duże oczy wwiercał w ścianę, a usta nadął.

„Typowy dzieciak” – sapnął myślami.

- Ja jestem Ace i niby do kogo miałbym cię zaprowadzić? – spytał zadzierając nos do góry, tak jak Shanks, podczas przesłuchiwania intruza.

- Jestem tutaj w odwiedziny do Shanksa. – uśmiechnął się wyszczerzając wszystkie zęby, Luffy. Ace otworzył szeroko oczy i wyglądały, jak spodki pod filiżanki.

- Że co??!!



 ***
Part: "Psyhicznie zabłąkani"


                Zoro ledwie wrócił do domu i już miał to dziwne przeczucie, że go szlag jasny trafi. Oczywiście, jego licealny współlokator musiał zaprosić przyjaciół na małe przyjęcie i zostawić po sobie bałagan. Bez uprzedzenia, wściekle i zamaszyście otworzył, drzwi do pokoju Sanji’ego i doznał szoku. Blondyn „głaskał kota” przy wiadomym filmie dla dorosłych. Do tego odwrócił się na krześle i posłał starszemu pytające spojrzenie. Mchogłowy zamknął drzwi i ze zranioną psychiką udał się do swej kwatery domowej.
- Dużo pracy, tak dużo pracy… - szepnął do siebie słabo.

                Na następny dzień, Sanji ponownie zaprosił swoich przyjaciół z klasy. Weszli do mieszkania, cali w skowronkach, aż tu zobaczyli na podłodze salonu nogi. Grupka przyjaciół podeszła na palcach i zobaczyła zombie. Znaczy się niebywale styranego Zoro.
               Kolejny dzień. Nadeszła pora na rozmowę. Obaj mężczyźni siedzieli naprzeciw siebie w lustrzanych pozycjach. Jak dwaj wielcy królowie, ze spuszczonymi głowami, czekali aż jeden zdoła przemówić. Pierwszy zabrał głos Zoro.

- Sanji… - zaczął spokojnie. – Nie mam nic przeciw temu, abyś tu zapraszał swoich kolegów. Ale błagam, sprzątaj te śmieci po chipsach i tak dalej, bo mnie krew zalewa, jak widzę ten burdel.

- Zoro… -skopiował ton studenta. – Nie mam nic przeciwko twojej szkole i pracy, bo nawet nie mogę się ich uczepić, ale błagam… Nie pracuj w salonie, bo jak mdlejesz przed papierami, to narażasz nie tylko mnie, a wtedy mogą cię przymknąć za nieumyślne spowodowanie śmierci.

- Czyli mam mdleć w moim pokoju, byś ty mógł tu sobie biby odstwiać? – na czole zielonowłosego pulsowała żyłka.

- Ta… Znaczy nie, no gdzie! Chodzi mi o to, że może jednak jakoś popracujesz nad swoim harmonogramem zajęć. – mówił jakby do siebie, a raczej po prostu do siebie, ponieważ na kolanach ukrył gazetę z nagimi kobietami w roli głównej.

- Skończ wgapiać się w tego pornosa i gadaj jak dorosły, zboczony gówniarzu! – wrzasnął Roronoa i kopną pod stołem w gazetę.

- Nie jestem zboczonym gówniarzem! A zwłaszcza gówniarzem, ty leniwy glonie! – odszczekiwał Sanji.

- Mam narkolepsję* i wiesz, że nic z tym nie zrobię! – fuknął na blondyna. Ten się stropił, przypomniawszy sobie o schorzeniu gospodarza. Sanji obiecywał sobie, że skoro już „wpierdziela się na chama” do mieszkania starszego kolegi, byleby uciec od dziadka, to przynajmniej na coś się przyda. Teraz sobie uświadomił, że tylko zawadza osobie, która w każdej chwili jest zagrożona. Jedna chwila i Zoro może zasnąć na środku ulicy lub na schodach.

- Ehem… Przepraszam… Poprawię się. – bąknął pod nosem. Zielonowłosy cieszył się z porozumienia i… Uderzył czołem o blat.

- Dobra! – krzyknął ironiczny głosem do pomieszczenia Sanji. – Napady snu, to nic wielkiego. – podparł się na przedramieniu. Chwilę obserwował starszego w tym nieprzytomnym stanie, a później zabrał go do pokoju. Począwszy od wzięcia Zoro na ręce, zaniósł go na łóżko. Chwilę siedział na skraju materaca. Zaciągną się papierosem i puścił obłok dymu w twarz Roronoy. Ten nawet nie był świadomy, że jego choroba, jest w dość nietypowy sposób wykorzystywana.



***
Part: "O jedno słowo za dużo"


                Kid brutalnie przycisnął Lawa za szyje do ściany. Kolejna sprzecza, która zakończy się bójką. Trafalgar wierzgną chudą nogą i kopnął przeciwnika w brzuch. Eustass kaszlnął i odpłacił się trzema ciosami w twarz bruneta. Ten splunąwszy krwią zacisnął zęby i rzucił się wściekle na Kida. Wymierzali i parowali ciosy. Nie ustępowali, aż policja nie zainterweniowała.

                Po raz kolejny w bójkę uliczną wdał się student medycyny i dowódca gangu motocyklistów. Wyszli w tym samym czasie i wszyscy spojrzeli na nich zażenowani.

„No ileż można?” – wszyscy zadawali sobie to pytanie, gdy tylko wydzieli znajomą dwójkę rozrabiaków. Oni tylko rzucili w sobie wzajemnie nienawistne spojrzenia i ruszyli w przeciwnych kierunkach.

                ---Dwa tygodnie po ostatnim incydencie---

                Nie było słychać o choćby najmniejszej kłótni wiadomego duetu. Wszyscy myśleli, że się pozabijali i nikt nie wie kiedy oraz gdzie to się stało. Rzeczywistość była inna. Otóż w czeluściach piwnic Eustassa Kida, został zniewolony Trafalgar Law. Motocyklista kończył kolejny gwałt na ofierze, nie zważając na bolesne jęki bruneta.

- Coś nie tak, mój kochanieńki? – syknął jaszczurzym głosem Kid, do ucha studenta. On jedyne co mógł zrobić to mocniej wbić zęby w chustę, kneblującą mu usta. Ręce miał przywiązane do żelaznego koła, umocowanego do ściany. Klęcząc, twarzą do murawy, starał się nie ronić łez. Niestety. To jak brutalnie się z nim obchodził Eustass, jak mocno na niego napierał, jak bardzo się nad nim znęcał psychicznie, robiło swoje.

- Yymmm!! – wyjęczał głośniej, gdy Kid spełnił się w nim.

- Aaaach… To było najlepsze~ - zawył szczęśliwie oprawca i padł na podłogę. Trafalgar zwiesił się na uwięzi, trzymającej jego ręce w górze. Był wykończony. Dzień w dzień, każdej nocy, w każdej możliwej chwili – Kid zabawiał się nim jak chciał. Już nawet nie pamięta, jakie to uczucie, mieć spodnie.

- Ryyh… - zacharczał. Eustass zsunął z jego ust chustę.

- Czego?

- Uwolnij mnie, ty… - sapał Law. Pocisk w formie pięści gangster, mocno wbił się w brzuch przetrzymywanego.

- Nie fikaj, dziwko. Bo przestanę być miły. - pogroził mu palcem i zaśmiał się. – Wiesz jaka jest umowa, przeprosisz i jesteś wolny. Ale skoro dalej się opierasz… - wzruszył ramionami i wyszedł trzaskając drzwiczkami ze stalowej kratki. Law chwilę nasłuchiwał kroków. Upewnił się jeszcze rzucając wyzwiskiem w powietrze. Brak reakcji – Trafalgar ponownie zabrał się za próbę ucieczki. Wyślizgnął dłonie z uwięzi i chwiejnym krokiem udał się do okienka przyciemnego. Znowu je podważał. Znowu opór był niesamowity. Rozejrzał się po pomieszczeniu.
„Ratunku” – jękną do siebie w myślach i skulił się, by na chwilę nie musieć hamować łez.

*Narkolepsja - rzadka choroba, objawiająca się: nadmierną sennością, napadami snu.

Wziełam motyw leniwego Zoro i przerobiłam, no bo cóż, pasuje mu taka choróbka.


P.S. To są wstępy do bardziej rozbudowanych akcji, więc wyczekujcie, jeśli jesteście ciekawi ;)